Skip to main content

Island number 9 - St. Marteen (Wyspa nr 9)

Time was passing inexorably, and our moods worsened day by day at the thought of returning to Poland, which certainly had an impact on our little daughter. After several hours at sea, we arrived at the interesting island with two names, St. Maarten and St. Martin. Over 350 years ago, this island was divided between France and the Netherlands.

We reached the port located a few hundred meters from the capital of the Dutch part, Philipsburg. Unfortunately, even though we were officially in the Netherlands, our mobile phones refused to switch to EU tariffs. The heat was brutal, Pia was terribly tired, and to make matters worse, we were in a bad mood. Despite our heroic efforts to encourage the exhausted little one to sleep, we completely failed. Moreover, the modern port somewhat resembled an amusement park, so as you can imagine, we decided to evacuate quickly towards a less commercialized area. We took advantage of a convenient ferry connection, and after a few minutes, we were in the picturesque capital of the island.

Our beloved Pia slightly rejuvenated herself, unleashing the remnants of her magical power, and decided to actively explore colorful Philipsburg. Seeing all the commotion and stress, our very sympathetic friend Arek decided to cool down the tense situation with a cold coconut. Unfortunately, he also had the misfortune of paying for two coconuts to a friendly local who, while preparing the first one, accidentally aimed his machete at his own finger instead of the coconut shell. Blood, confusion, and our order were fulfilled only after 15 minutes. Our impatient Grzdylek was furious that he couldn't misbehave and had to patiently wait in the stroller... Nightmare.
I must admit that due to the situation on our deck, at the beach bazaars, I could only notice T-shirts with the following inscription ;)
What can improve the mood of the girls in such a situation? Shopping, of course. As it turned out, among dozens of bazaars, shops, and watch stores, there was a Ralph Lauren boutique. The clothes were lovely, but when comparing the prices to those in the USA. However, we managed to find fabulous sweat shorts for the little one, and then we continued to put Pia to sleep in better spirits. Unfortunately, our attempts at a shopping stroll also ended in failure.

So it was time to use another effective instrument - a car. Desperate Robert hailed a taxi with French license plates, negotiated the price with a friendly, slightly detached-from-reality "herb" enthusiast, and we set off to explore.

Our adorable little one fell asleep within seconds. We circled the island in 40 minutes, and alarmed by the need to wake up the little sleeper, we started looking for an excuse to stay a little longer in our taxi. We remembered seeing a YouTube video about planes landing almost on the beach. For a slight additional fee, our driver took us to this extraordinary place, and it turned out that we were very lucky. We arrived at our destination just 5 minutes before the landing of a gigantic Boeing 747, which the enthusiastic crowd had been eagerly anticipating. The three of us girls stayed in the car and watched the event from a slight distance. Robert and Arek rushed to capture this curiosity in photos. It was worth it, a shocking experience that cannot be repeated anywhere else in the world. The colossal plane flew about 10-15 meters above us and touched the ground about 50-100 meters away, all in the ambiance of the beach, turquoise water, and a Caribbean party.

Admiring the landing gave us another 40 minutes, so we managed to get a quick nap of about 1.5 hours. Upon returning to Philipsburg, Pia rested a little longer in her stroller, and then she embarked on an active exploration.
Filled with extraordinary experiences, we decided to taste the local cuisine, and once again, luck was on our side. Guided by instinct, we stumbled upon a small French bar that served delicious seafood.
St. Maarten made a generally positive impression on us. However, it is a place heavily geared towards tourists, and it's difficult to distinguish where the "Disneyland" ends and reality begins. It's not quite our style, but it's definitely worth visiting.
Oh, I forgot to mention another curiosity. Our driver not only showed us the island's attractions but also gave us an enlightening lecture on the medicinal effects of marijuana and the harmful effects of smoking crack, accompanied by a presentation based on examples of the locals we encountered. We kept hearing statements like, "She used to be a beautiful woman ten years ago, but now she's a witch, but no wonder because she smokes crack," or "I look 35 years old, but I'm actually 50 because I regularly smoke marijuana of course, not at work"
We won't verify those claims. In the evening, a glass of good wine (after finishing breastfeeding, of course) - definitely yes, but drugs, NO WAY!



Czas uciekał nieubłaganie, a nasze humory z dnia na dzień pogarszały się na myśl o powrocie do Polski- co z pewnością nie było bez znaczenia dla naszej Córuni . Po kilkunastu godzinach na morzu dotarliśmy do ciekawej pod wieloma względami wyspy "dwojga nazw" St. Matreen i St. Martin. Wyspa ta przed ponad 350 laty został podzielona pomiędzy Francją i Holandią. 
My dotarliśmy do portu zlokalizowanego kilkaset metrów od stolicy części holenderskiej Philsburga. Niestety pomimo, że oficjalnie znajdowaliśmy się w Holandii to nasze telefony komórkowe nie zechciały przejść na taryfy UE. Upał panował okrutny, Pia była koszmarnie zmęczona, a na domiar złego dopadły nas złe nastroje. Pomimo heroicznych wręcz wysiłków zachęcenia zmęczonego Maleństwa do snu ponieśliśmy całkowitą klęskę. Do tego nowoczesny port przypominał nieco park rozrywki więc jak się możecie domyślać zdecydowaliśmy się na szybką ewakuację w kierunku mniej skomercjalizowanym. Skorzystaliśmy z dogodnego połączenia promowego i po kilkunastu minutach byliśmy w malowniczej stolicy wyspy. 




Nasza Ukochana Piunia lekko się zregenerowała, uwolniła resztki magicznej mocy i postanowiła czynnie zwiedzać kolorowy Philsburg. Widząc całe zamieszanie i stres nasz przesympatyczny przyjaciel Arek postanowił ochłodzić napiętą sytuację zimnym kokosem. Niestety również i on miał pecha zapłacił za dwa kokosy miłemu tubylcowi, który przy przygotowywaniu pierwszego zamiast trafić maczetą na skorupę orzecha wycelował w swój palec. Krew, zamieszanie i dopiero po 15 minutach zrealizowano nasze zamówienie. Nasz niecierpliwy Grzdylek oczywiście wściekły, że nie mógł połobuziakować tylko musiał grzeczne wyczekiwać w wózeczku.... Koszmar.


Muszę przyznać, że ze względu na zaistniałą sytuację na naszym pokładzie, na bazarkach przyplażowych potrafiłam dostrzec jedynie koszulki z takim oto napisem ;) 



Co w takiej sytuacji może poprawić nastrój Dziewczynom? Oczywiście, że shopping :). Jak się okazało wśród dziesiątek bazarów, sklepików i sklepów z zegarkami pojawił się salon Ralph Lauren. Ciuszki były śliczne, ale gdy porównać ceny do cen USA brrrr..., Udało się nam jednak upolować bajeczne, dresowe spodenki dla Maleństwa po czym ruszyliśmy, już w lepszych nastrojach, dalej usypiać Pię. Niestety spacerowo nasze wysiłki po zakupowe również okazały się klęską. 

Nadszedł więc czas na użycie kolejnego skutecznego instrumentu - samochodu. Zdesperowany Robert wymachał taxi na francuskich numerach rejestracyjnych, wynegocjował cenę z miłym, lekko wyalienowanym z rzeczywistości miłośnikiem „ziela” i ruszyliśmy na zwiedzanie. 







Nasze cudne Dziecię zasnęło w ciągu kilkunastu sekund. Objechaliśmy wyspę w 40 minut i przerażeni koniecznością budzenia Śpioszka zaczęliśmy szukać pretekstu, aby pozostać jeszcze troszkę w naszym taxi. Przypominało nam się, że widzieliśmy na YouTube film o samolotach lądujących nieomal na plaży. Nasz kierowca za nieznaczną dopłatą zabrał nas w to niezwykłe miejsce i jak się okazało mieliśmy wielkie szczęście. Do miejsca naszej destynacji dojechaliśmy 5 minut przed lądowaniem olbrzymiego Boeinga 747, na którego „występ” oczekiwał rozentuzjazmowany tłum. My, Dziewczyny zostałyśmy w samochodzie i z lekkiego dystansu przyglądaliśmy się wydarzeniu. Robert z Arkiem pobiegli uwiecznić tę ciekawostkę na zdjęciach. Było warto, doznanie szokujące i niemożliwe do powtórzenia w jakimikolwiek innym miejscu na świecie. Kolos przeleciał 10-15 metrów nad nami i po ok. 50-100 metrach dotknął ziemi a wszystko to w aurze plaży, turkusowej wody i karaibskiej imprezy. 






Podziwianie lądowania dało nam kolejne 40 minut tak więc wyrobiliśmy minimalny 1,5 godzinny południowy sen. Po powrocie do Philsburga Pia poleżała jeszcze troszkę czasu w wózku, a następnie zabrała się za aktywne zwiedzanie. 




Pełni niezwykłych wrażeń postanowiliśmy zakosztować lokalnej kuchni i ponownie szczęście nas nie opuściło, wiedzeni instynktem trafiliśmy do małego francuskiego baru, w którym serwowano pyszne owoce morza.



St. Marteen zrobił na nas generalnie pozytywne wrażenie. Nie mniej jednak jest to miejsce zbyt mocno zorientowane na turystów. Nie wiadomo gdzie kończy się „Disneyland”, a zaczyna rzeczywistość. Troszkę nie nasz klimat, ale z pewnością warto odwiedzić to miejsce.


Ach... zapomniałam o jeszcze jednej ciekawostce. Nasz kierowca nie tylko zaprezentował nam atrakcje wyspy, ale również przeprowadził pouczający wykład na temat leczniczego działania marihuany oraz zgubnych skutków palenia cracku ubarwiony prezentacją bazującą na przykładach mijanych tubylców. Co chwile słyszeliśmy informacje w stylu... „10 lat temu to była piękna kobieta, teraz to wiedźma, ale nie ma co się dziwić bo pali crack”, „ja wyglądam na 35 lat, a mam 50 lat bo regularnie palę marihuanę ;) oczywiście nie w pracy ;)”.

Nie będziemy weryfikować tych twierdzeń. Wieczorkiem, kieliszek dobrego wina (po zakończeniu karmienia oczywiście) - zdecydowanie tak ale narkotyki NO WAY!

Comments

Popular posts from this blog

Pia - 10 years of traveling (10 lat podróży)

 

Pia - codzienność w Dubaju (Pia - Everyday Life in Dubai)

Today I wanted to tell you a bit about our everyday life in Dubai. It's a city full of contrasts and unique experiences, where we have been living for several years. We usually start our day with physical activities. Dubai is known for its beautiful luxury beaches, which are a great place to relax and unwind, as well as sports clubs and excellent infrastructure. Pia loves spending time at the beach, playing in the water and building sandcastles. We often meet up with friends who also live in Dubai at the beach. After the beach, it's time for learning. Pia goes to an international school where she learns many different subjects in English. We also have the opportunity to meet children from different cultures and countries there, which is incredibly interesting and inspiring. After school, we often have time for various activities. Dubai offers many attractions for kids, such as amusement parks, water parks, and playgrounds. Pia loves spending time outdoors, playing with her peer...

Summer in Poland - Lato w Polsce

Lato w Polsce jest cudowną porą roku. Przyjemna, ciepła pogoda. Smakowite owoce i warzywa. Pia - mała ogrodniczka uwielbia spędzać czas w ogródku, zbierając pomidory, ogórki, marchewki oraz papryki. Jedyny problem pozostawia zbieranie malin i jeżyn. W dziwny sposób, zaraz po zerwaniu trafiają w magiczny sposób do brzuszka. Summer in Poland is a wonderful time of the year. Pleasant, warm weather. Delicious fruits and vegetables. Pia, the little gardener, loves spending time in the garden, picking tomatoes, cucumbers, carrots, and peppers. The only challenge is picking raspberries and blackberries. In a strange way, right after picking, they magically find their way into her belly.